Wstałam o cudownym
poranku z niedopitą kawą i dziurawych kapciach. Walczyłam z sobą czy iść – by
iść do łazienki – do codziennej życia przystani... cudowny, pochmurny
w rajdowych szybkościach bił o szybę deszczem. Nie stronił od wyzwisk,
szalał jak opętany. Tak, w najgorszej najgorszości walił, stękał, huczał i w
ogóle nie trzymał się życiowej ramy. Mój kot, rzecz jasna z hukiem powitał mnie
w ten sposób na kolanach. Słowem o niczym, niczym słowo, słowiutko, słowiontko
– zamotałam się w tych kapciach, dziurą palec zaczął mi wystawać.
Poszłam, przyniosłam,
odniosłam bo do kubka wody nie wlałam – sama się przez to rozhuczałam, a może rozhukałam, nałkałam... ałam, ałam – czy ja w ogóle dobrze spałam?
Więc wróciłam się po
wody kropel kilka, kropel kilka rozlałam na podłogę, na podłogę
się położyłam, położyłam się wygodnie, wygodnie włożyłam wczorajsze
spodnie, spodnie koloru czerwonego, czerwonego nosa podtarłam chusteczką,
chusteczką te kilka kropel wody wreszcie z podłogi wymyłam.
I się nie pomyliłam!
O zgrozo! Mitrozo,
mamozo, jakże nikczemne było to przez sen zasłyszane słowo! No oczywiście
że spać – źle spałam bo w duszy grała mi kłótnia wielka wczorajsza. Kłótnia
z mym kotem rzecz jasna.
Który to nie pozwalał
się wytrzeć z błota, z błota miał wszystkie łapy, łapy niewdzięczne,
niewdzięczne były te jego wąsiska, wąsiska długie i ciemne, ciemne te łapy
wreszcie doszorowałam, ale ile przy tym słów zmarnowałam.
I się wydało!
O matko! Zgratko,
zgrotko, jakże tak mogłam się na niego wydzierać i wreszcie to słowo, którym on
mi odwarknął przez nocy odbicia cienie. Cienie półcieniem się zachowały,
nad ranem znów mocno zajarzmowały, od nocnych dywersji się podłamały...
załkały, ały, ały – czy one w ogóle to słyszały?
Się na niebie
przejaśniło się. Zza okna spojrzało na mnie słońce. Wielce ubogie, jednak
zawsze to już słońce. Nie wysilało się zbytni swymi promieniami – ale iskrzyło
zgodnie z ich doplerami.
Coraz jaśniej, coraz
cieplej. Raz za razem się wychyla, to się chowa, to znów świeci –
czy z tego nie będzie więcej alfy i bety? To reliktowe wpływu
przecież na mnie nie ma, ale te wszystkie nadfiolety i inne
bzdety...?
Nos po szybie się już
przesuwa, kota mego rzecz jasna. Jego wąsy ślady zostawiają, pałaszują to okno,
haniebnie się nad nim znęcając.
Się powoli rozjaśniało
się. Drzewa szamotać się już zaprzestały. Strugi deszczu po chodnikach już
płynąć nie chciały. Swe oblicze przyroda już zmieniła – czyż nie tak się
wreszcie wiosna przebudziła?
Kawę swą wreszcie
zimnym łykiem dopiłam, fantastycznej fantastyczności się przez to nabawiłam. Z
grubsza resztę garderoby założyłam i z nową wodą w kubku wreszcie zęby wymyłam.
Tak jak za oknem deszcz obmył grzeszne nadzieje ludzkiej naiwności, tak mnie te
krople wody pozbawiły wczorajszej skromności. Tak się przez to pewności siebie
nabawiłam, że zapomniałam o kota wyższości – w zgrabnej życia prozaiczności.
I się obudziła.
Córeczkę moją mojego kota harce rzecz jasna z objęć Morfeusza wyrwały
i się zaczęły codziennego dnia życia dyrdymały. Mycie, przewijanie,
karmienie, tarmoszenie za uszka i jej gaworzenie.
„Czy chcesz jeszcze
może pić?” – się zwyczajnie pytam.
„Eggyyy.” – się
dowiedziałam – „Giiii” – jeszcze dopowiedziała.
No to daję. Wypluwa.
„Nie” – jej się
znienacka wyrywa. Toż to jej pierwsze słowo prawdziwe, cieszę się więc, lecz z
wrażenia dalej wodę jej do buzi wlewam...
„Ga. Gu. Niie” –
powtarza znów to słowo. No, asertywne będzie to dziewczę, więc w sumie
to w porzo.
„Ffa” – na koniec
jeszcze wyrwała i w głośny śmiech się zerwała. No więc dalej, całuję stópki,
policzka, robię kosi – kosi i turlanko i tak dalej co tam jeszcze z dzieciną
powymyślam.
A ona alfabetem całym
sylaby z siebie wydobywa: „ge, gi, pa, fe, me, du, ke” i inne takie dźwięki
wydaje w porywach.
Za oknem na nowo aura
jesienna panować zaczęła – na spacer raczej nie wyjdę z małą, no chyba że
tylko wkoło największego drzewa.
Nosy dwa już do szyby
przyklejone, kota rzecz jasna mojego i córy mej pierworodzonej. Oboje ślinią je
wszerz i wzdłuż a za oknem wali coraz to mocniejszy deszczu kurz.
„Ba, bu” – ta
pośliniona mordka do szyby przemawia, „be, du” – jeszcze do kota rozprawia.
„De, kkk” – się jeszcze na koniec oburza i najnowsze „nie” do repertuaru
dorzuca.
Po czym od okna
równocześnie się odklejają, bo błysło na niebie i w róg pokoju się razem chowają.
To znaczy córka schować by się tylko chciała, bo z racji ograniczonej
ruchomości dalej przy szybie została.
Ale, o proszę! Już się
przesuwa – wierzga nogami, macha rękami i powoli, powoli do tyłu się odpycha.
Nos już od szyby odkleiła i dalej jeszcze się przemieszczać poczęła. Cóż
to za wyczyn! Niespotykane – córa ma moment się raczkować nauczyła –
no tak, oczywiście – telefon mój zauważyła. Stąd ten wyczyn jej niesamowity,
dla telefonu wszystko jest przecież w stanie zrobić – nawet zacząć chodzić.
Dzwonek do drzwi. Toż
to ma znajoma kochana. Miała na kawę przyjść z samego rana. Rano co prawda
dawno już minęło, ale kawę zawsze chętnie zaparzam – obojętnie o jakiej porze
by to nie było. Wodę nalewam, czajnik nastawiam, w poszukiwaniu gwizdka
pięć garnków z szafki wywalam.
„O jest, znalazłam!” –
krzyczę radośnie.
„Gi” – słyszę od mej
mordki słodkiej.
Kot mój rzecz jasna
wtórować jej zaczął i coraz głośniej miauczeć poczyna. No tak, miskę
ma pustą, więc nie dziwota, że tak skowyczy, charczy i kwoka.
Powszechnej
powszechności już dokonałam. Kawa wypita, kot nakarmiony, córa ponownie
napojona i takie tam jeszcze czynności codzienne – plotki, ploteczki, obiad,
pranie. Aha! I zmienione męża posłanie.
To by było na tyle, na
spacer z dzieckiem i kotem czas wyjść, jesień zza okna przestać już podziwiać.
W kałużę życia czas zacząć zmierzać – właśnie, kałuża, zatem parasol przydać
się może. Czapka, szalik i płaszcz już zimowy, kocyk, pieluszka i butelka z
ciepłym sokiem. I jeszcze wafelek – to już dla siebie. A więc wychodzę,
Państwa już przepraszam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz