on
zanika
znika w płonącym blasku
odchodzi w nadziei
że
jutro powróci
krąży wokół
nie robi w ogóle
przystanków
zagubia się
wychodzi znów przez
drzwi
nie ważne
które to
nie ważne
że robi
to
co noc
chcę
siąść wśród traw
zapytać jak
wschodzącej łyk
cierpienia
odnaleźć się
podać dłoń
wystarczy jeden
gest...
rozpalić blask
rzucić się
w pełen wir
zwątpienia
rozedrzeć jak
złamany ptak
twej igły
skaleczenia
odrzucić świt
zajrzeć do twych
pełnych ran
zwątpienia
poematu słów
otwieram oczy swe
świat znika mi z pola
gdzieś w dali słyszę szept
ktoś bezskutecznie woła mnie
nim obudzę się
jeszcze raz zmrużę oczy
chcę poczuć lekki deszcz
który krąży dookoła
nie zabraniam ci
obiecywać zbyt wiele
poematu słów
w wierności oddzielę
opętana myślą niespokojnych snów
odnajdę twe imię
odszukam cię tu...
nie zabraniam ci
obiecywać zbyt wiele
poematu słów
w wierności oddzielę
w kropli
roztopionej
odchodzę...
ta kraina
zalewam się w tafli zielonego raju
zapada zmrok – ale to nic nie zmienia
to tylko kraina – kraina odmiennego natchnienia
pogrążam się w rutynie czerwcowego kraju
kołyszę się wśród fali ognistych
coś słyszę! – nie! – to tylko ulotne
wspomnienia; zbędne i markotne
pogrążam się w krzewach brodzistych
przede mną na tej otwartej przestrzeni
na tej wyspie samotnej...
oni wszyscy będący tacy szaleni
nie mogę, nie potrafię zmienić
pretensji więcej mieć nie mogę
nie chcę – i tak zrobię!
być
w nieokiełznanym świecie
w błękicie
pogrążonym w
rozmyśle
przy wtórze piękna
z nadzieją
lub bez
poniekąd
bez zasady
wśród ciszy
strach krzyk
lęk
koniec przeznaczenia
czy wiesz
zewsząd słyszysz
głos próżnej nadziei
i wiesz że ucieka przed tobą
jak czas minionych już lat
nie wierzysz w głębię
większego sensu istniejącej rzeczy
rzeczywistość pozostaje
spróchniałym orzeczeniem
nie wierzysz w dar
odsłoniętego pytania
w możliwość wyboru
nie liczysz się z innymi
odchodzisz w krainę
nieznanego lotu
wykutą jak w skale
uwikłaną w przepaść
nie jesteś niczyim
marzeniem
czy odrzuconą ofiarą
po prostu
przepadasz
jak kamień rzucony
na głębokie wody
wokół mnie
krytyka zwątpienia
cień odwrócenia
legenda krążąca
wokół mnie
szczęście bezkresne
ukojenie zbyt wczesne
grzechy płaczącej
ludzkości...
pogrążeni w duchu
nienawiści
współistnienie
odepchnięte przez siłę
zbrojnego plemienia
owiniętego siecią
z obumarłych szkiełek
pomarszczonych liści
niewiedza
osunięta w niepamięć
i krwawe zapomnienie
sieć odstającego zła
i zbutwiałego nasienia
życia ograniczonego
do wyłączności potrzeb
pierwotnych
i pierwszy liść
splamiony
herezją codzienności
Ty
kiedyś wszystko przeminie
słowa umilkną
wiatr zacznie szlochać
światło
bezczynne
może... morze...
ale nie teraz
ścieżka utkana skrętami
most opuszczony bez woni
słodyczy uśmiechu
na pamięć!
zaledwie niewielkie wspomnienie
kalectwo męka
przeminie
Ty pozostaniesz
my
ja przeklęta
która rzuciła krwawiącą
różę pod Twe stopy
ja jedyna
która westchnęła cię w
krainę wiecznej odmienności
ja...
i Ty...
na
granicy
skończonego
zamierzenia
My
choć własną krwią
oblani
i na wieki
zapomniani
odejdź
patrzę w twe oczy
nie widzę tam już siebie
dotykam twych dłoni
nie czuję w nich swego istnienia
zaczynam uciekać
nie chcę ci podać dłoni
zaczynam się topić
nie chcę być twoją kochanką
nie chcę być twoim marzeniem
nie chcę udawać szczęśliwej
nie chcę byś patrzył mi w oczy
nie chcę udawać
nie żyję po to byś na
mnie patrzył
nie wstaję rano dla
twego westchnienia
nie chcę
bo mam wyrzuty sumienia