środa, 1 marca 2017

wierszem pisane



on
zanika 
znika w płonącym blasku
odchodzi w nadziei 
że 
jutro powróci 

krąży wokół 
nie robi w ogóle 
przystanków 

zagubia się
wychodzi znów przez 
drzwi 

nie ważne 
które to

nie ważne
że robi to 
co noc 

chcę
siąść wśród traw
zapytać jak
wschodzącej łyk 
cierpienia 
odnaleźć się
podać dłoń 
wystarczy jeden 
gest...

rozpalić blask 
rzucić się 
w pełen wir
zwątpienia 

rozedrzeć jak
złamany ptak
twej igły
skaleczenia 
odrzucić świt 
zajrzeć do twych 
pełnych ran
zwątpienia 

poematu słów
otwieram oczy swe
świat znika mi z pola
gdzieś w dali słyszę szept
ktoś bezskutecznie woła mnie

nim obudzę się
jeszcze raz zmrużę oczy
chcę poczuć lekki deszcz
który krąży dookoła

nie zabraniam ci
obiecywać zbyt wiele
poematu słów
w wierności oddzielę

opętana myślą niespokojnych snów
odnajdę twe imię
odszukam cię tu...

nie zabraniam ci
obiecywać zbyt wiele
poematu słów
w wierności oddzielę

            w kropli roztopionej
            odchodzę...

ta kraina
zalewam się w tafli zielonego raju
zapada zmrok – ale to nic nie zmienia
to tylko kraina – kraina odmiennego natchnienia
pogrążam się w rutynie czerwcowego kraju

kołyszę się wśród fali ognistych
coś słyszę! – nie! – to tylko ulotne
wspomnienia; zbędne i markotne
pogrążam się w krzewach brodzistych

przede mną na tej otwartej przestrzeni
na tej wyspie samotnej...
oni wszyscy będący tacy szaleni

nie mogę, nie potrafię zmienić
pretensji więcej mieć nie mogę
nie chcę – i tak zrobię!

być
w nieokiełznanym świecie
w błękicie
pogrążonym w
rozmyśle
przy wtórze piękna
z nadzieją
lub bez

poniekąd
bez zasady
wśród ciszy
strach krzyk
lęk
koniec przeznaczenia

czy wiesz
zewsząd słyszysz
głos próżnej nadziei
i wiesz że ucieka przed tobą 
jak czas minionych już lat
nie wierzysz w głębię 
większego sensu istniejącej rzeczy 
rzeczywistość pozostaje
spróchniałym orzeczeniem 
nie wierzysz w dar
odsłoniętego pytania
w możliwość wyboru 

nie liczysz się z innymi 

odchodzisz w krainę
nieznanego lotu
wykutą jak w skale 
uwikłaną w przepaść 
nie jesteś niczyim
marzeniem 
czy odrzuconą ofiarą
po prostu
przepadasz

jak kamień rzucony
na głębokie wody

wokół mnie
krytyka zwątpienia
cień odwrócenia
legenda krążąca
wokół mnie
            szczęście bezkresne
            ukojenie zbyt wczesne
            grzechy płaczącej
            ludzkości...

pogrążeni w duchu nienawiści
współistnienie 
odepchnięte przez siłę 
zbrojnego plemienia 

owiniętego siecią 
z obumarłych szkiełek 
pomarszczonych liści 
niewiedza
osunięta w niepamięć 
i krwawe zapomnienie 

sieć odstającego zła
i zbutwiałego nasienia
życia ograniczonego
do wyłączności potrzeb 
pierwotnych 
i pierwszy liść
splamiony 
herezją codzienności 

Ty
kiedyś wszystko przeminie
słowa umilkną
wiatr zacznie szlochać
światło
bezczynne
może... morze...
ale nie teraz
ścieżka utkana skrętami
most opuszczony bez woni
słodyczy uśmiechu
na pamięć!
zaledwie niewielkie wspomnienie
kalectwo męka
przeminie
Ty pozostaniesz

my
ja przeklęta
która rzuciła krwawiącą
różę pod Twe stopy
ja jedyna
która westchnęła cię w
krainę wiecznej odmienności 
ja...
i Ty...

na
granicy 
skończonego
zamierzenia 
My 
choć własną krwią 
oblani 
i na wieki
zapomniani 

odejdź
patrzę w twe oczy
nie widzę tam już siebie
dotykam twych dłoni
nie czuję w nich swego istnienia

zaczynam uciekać
nie chcę ci podać dłoni

zaczynam się topić
nie chcę być twoją kochanką
nie chcę być twoim marzeniem
nie chcę udawać szczęśliwej
nie chcę byś patrzył mi w oczy

nie chcę udawać
nie żyję po to byś na
mnie patrzył
nie wstaję rano dla
twego westchnienia

nie chcę
bo mam wyrzuty sumienia