Słońce przeżywało swoje apogeum.
Napawało się widokiem tego nikczemnego miasta, a raczej tym, co z niego
zostało. Chmury leniwie sunęły po niebie jakby nie przejmując się zgliszczami,
które były pod nimi. Drzewa szumiały w złocie lekceważąc pył z walących się
budynków. Zdawało się, jakby natura
zupełnie nie zauważała powojennego krajobrazu na ziemi.
Janek szedł ulicą, ale nie
interesowało go nic wokoło, pogrążony był w swoich myślach. Miał na sobie
znoszoną ciemnozieloną marynarkę, lekko przykrótkawe granatowe spodnie i buty,
które zapewne nie jedną jesień już przeszły. Z kieszeni wystawał mu kawałek srebnofioletowego
papieru. Nagle stanął i sięgnął ręką po niego. Uśmiechnął się dwuznacznie,
pomału wyjął list i mówiąc do siebie ledwo słyszalne słowa, przedarł go na
połowę.
- Ale ze mnie głupiec! – krzyknął.
*
Tymczasem w miejscu zupełnie
nikomu nieznanym, na niewielkim kamieniu, na polanie usłanej dziko rosnącym
makiem siedziała panna Ewa. Miała na sobie długą suknię, na pierwszy rzut oka
widać, że dość drogą, rzucającą się w oczy biżuterię na szyi i dłoniach
oraz wysoko upięte włosy. Wyglądała, jakby była posągiem z marmuru, żadnego
ruchu. Kiedy się dobrze przyjrzeć, to tylko jedno zdradzało, że jednak jest
żywą postacią – łzy płynące po policzkach...
Dlaczego płakała? Ona, twarda jak
kamień, taka nieprzystępna. Nigdy nie okazująca swoich uczuć, nie licząca
się z innymi. Jednakże łzy były prawdziwe. Istniała zatem taka rzecz, która
potrafi roztopić nawet najtwardsze serce.
- Ach, biedny Janek! – wzdychała –
nie było mi pisane dzielić z tobą reszty życia. Ty odszedłeś, zabrało mi cię
powstanie. Ty podły egoisto! – kwiliła dalej – zamiast zostać ze mną wdałeś się
w tę całą żołnierkę. A teraz jestem sama. Wszystko dlatego, że nie przyjęłam
twoich oświadczyn... To było tak niespodziewanie, nie byłam gotowa. A ty uniosłeś
się honorem. Wyszedłeś... Zostawiłeś... – odgarnęła kosmyk włosów spadający jej
na twarz i łkała dalej. – Och Janku...
Po dłuższej chwili wstała, otarła
łzy jedwabną, haftowaną chustką i zaczęła iść wąską ścieżką w stronę lasu.
Pragnęła się w nim zatopić i już w nim pozostać, nie była jednak na tyle
odważna by zapuścić się w jego głąb. Te
wszystkie drzewa otaczające ją wokół. Ostoja spokoju... Chciałaby być jak one.
Nie czuć tych wszystkich emocji, które nią targały. Nie czuć już nic.
Zostawić przeszłość. Zostawić życie... Czy ona w ogóle była do czegokolwiek
jeszcze zdolna?
*
Janek szedł dalej ulicą, mijał
zniszczone kamienice, w których nikt już nie mieszkał, kawiarnie, w których
nikt już nie pił żadnej kawy, wystawy sklepowe, na których nie stał już żaden
manekin. Zatrzymał się przed jedną z nich, długa patrzył. Za resztkami strzaskanej
szyby znajdywały się marionetki. A raczej to, co z nich pozostało.
- Hmm... Marionetki – zamyślił
się. – Podobne do tych, jakie ustawiałem w sklepie, w którym kiedyś pracowałem.
Teraz już pewnie i z tamtego sklepu zostało tyle co i z tego. Tylko to trzymało
go jeszcze w Warszawie. Chciał odwiedzić swojego dawnego pracodawcę i
podziękować za pomoc w trakcie bitwy, nim wyjedzie w świat. Nic więcej już tu
nie szukał. A na pewno już nie panny Ewy, która przecież odrzuciła jego zaloty.
A tyle mu nieraz obiecywała wieczorami...
*
Miesiące mijały, Janek jednakże
pozostawał w mieście. Za namową swego dawnego szefa brał udział w odbudowywaniu
miasta. Całe dnie pracował przy rozbiórce starych budynków, rozłupywaniu cegły,
segregowaniu tej, którą można by jeszcze ponownie wykorzystać. Wieczorami był
tak zmęczony, że nie dręczyły go już żadne wspomnienia, po prostu zasypiał
i nie śnił. A jeśli już śnił, to o kolejnym dniu pracy, o tym jak uskutecznić
prace, by nie było tak ciężko. Zdawało się, jakby panna Ewa powoli wymazywała
się z jego pamięci...
Jednakże tak się tylko zdawało...
pewnego z pozoru nic nie znaczącego późnego popołudnia, kiedy Janek spacerował
wzdłuż Wisły (w tym dniu prace budowlane zakończono wcześniej), zobaczył pannę
Ewę. Jechała niedużym samochodem, wyprodukowanym jeszcze przed wojną. Balilla
lśniła metalowym blaskiem usadowionym na drewnianym szkielecie podwozia. Był to
fiat 508 z czterocylindrowym silnikiem z zapłonem iskrowym. Dla Janka –
nieosiągalne marzenie, podobnie jak panna Ewa, która siedziała w nim taka
spokojna, jakby wojna nigdy się nie wydarzyła. Nie było to przywidzenie, trwało
zbyt długo. Czyżby go nie poznała? A może nie chciała? Jej widok na nowo
rozdarł dopiero co zagojone serce...
Janek pobiegł czym prędzej przed
siebie. Czuł się rozdarty wewnętrznie, nie wiedział, co ma ze sobą zrobić.
Chciał wszystko, a jednocześnie nie potrafił zrobić nic. Mógł tylko biec, coraz
to prędzej i prędzej.
– Dlaczego wróciła?! – krzyczał
przed siebie.
*
Panna Ewa wysiadła z pojazdu.
Była zachwycona, że wróciła do kraju. Kraju swych przodków, choć teraz w niczym
nie przypominał on tego widoku, jaki pamiętała sprzed wojny. Uwielbiała
Warszawę, w niej się urodziła, wychowała, dorastała, poznała Janka...
– Janek... – zamyśliła się. –
Gdzieś tu pewnie znajdę jego grób.
– Tędy proszę. – Lokaj wyrwał ją
z zamyślenia wskazując pokój do którego miała się udać na nocleg.
– Tak... dziękuję. –
Odpowiedziała, jakby nieprzytomna.
*
Był już wieczór. Janek,
wyczerpany po długim biegu wracał do domu. Coś nakazało mu nagle spojrzeć w
okna mijanego hotelu. Na trzecim piętrze, za delikatną poświatą delikatnej
zasłony migotała kobieca postać. Dało się zauważyć, że była wysoka, szczupła i miała
długie kręcone włosy puszczone luźno na ramiona.
– Jak panna Ewa. – Przeszło mu
przez myśl. – Ale to niemożliwe. – Zbeształ sam siebie. – Ona nigdy nie
istniała i istnieć już nie będzie!
Późnym wieczorem Janek wyrwany ze
snu usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Podszedł do nich zaspany, otworzył
i... oniemiał z wrażenia. Przed nim stała panna Ewa. Patrzyli na siebie długo,
aż wreszcie zaprosił ją do środka.
– Przepraszam za to nagłe
najście... – zaczęła się tłumaczyć. – Musiałam cię zobaczyć.
– Doprawdy? – zapytał zaskoczony.
– Ja tak dłużej nie mogę –
kontynuowała. – Musiałam... – szukała odpowiednich słów.
– Nie musisz nic mówić – przerwał
jej i objął w swe ramiona.
Stali tak w milczeniu przez
pewien czas. Słowa były tu niepotrzebne. Słowa, które nic nie znaczą... W końcu
delikatnie chwycił jej podbródek, uniósł głowę, spojrzał w oczy. Pocałunek był
długi, jakby wynagradzał cały ten czas, który stracili...
Pukanie do drzwi stało się
natarczywe. Janek otrząsnął się ze snu i podszedł do drzwi. Stał przy nich
i nie chciał otworzyć. Pragnął, by sen okazał się prawdziwy, jednak bał
się, że była to tylko zwykła mara. Marzenie, które nigdy się nie spełni...
wreszcie otworzył.
– Przychodzę z ważną wieścią –
zaczął dozorca budynku. – Był wybuch jakiegoś niewypału i trzeba do pomocy.
Powiedzieli, że na pana można liczyć – dokończył.
– Jasne, już idę – odparł
zdecydowanie Janek.
– I jeszcze jedno – dodał trochę
nieśmiało.
– Słucham?
– Mam pewien list, w zasadzie
powiadomienie. Pomyślałem, że chciałby pan wiedzieć... – powiedział dozorca
wręczając mu kartkę.
Janek otworzył list. Długo
siedział na kanapie. Było już niemal południe kiedy zarzucił na siebie
ciemnozieloną marynarkę i wyszedł z domu.
Do jej kieszeni schował srebnofioletową kartkę papieru informującą o rychłym ślubie panny Ewy Lambert z panem
Piotrem Borewskim.