wtorek, 7 lutego 2017

Głupiec



Słońce przeżywało swoje apogeum. Napawało się widokiem tego nikczemnego miasta, a raczej tym, co z niego zostało. Chmury leniwie sunęły po niebie jakby nie przejmując się zgliszczami, które były pod nimi. Drzewa szumiały w złocie lekceważąc pył z walących się budynków.  Zdawało się, jakby natura zupełnie nie zauważała powojennego krajobrazu na ziemi.
Janek szedł ulicą, ale nie interesowało go nic wokoło, pogrążony był w swoich myślach. Miał na sobie znoszoną ciemnozieloną marynarkę, lekko przykrótkawe granatowe spodnie i buty, które zapewne nie jedną jesień już przeszły. Z kieszeni wystawał mu kawałek srebnofioletowego papieru. Nagle stanął i sięgnął ręką po niego. Uśmiechnął się dwuznacznie, pomału wyjął list i mówiąc do siebie ledwo słyszalne słowa, przedarł go na połowę.
- Ale ze mnie głupiec! – krzyknął.
*
Tymczasem w miejscu zupełnie nikomu nieznanym, na niewielkim kamieniu, na polanie usłanej dziko rosnącym makiem siedziała panna Ewa. Miała na sobie długą suknię, na pierwszy rzut oka widać, że dość drogą, rzucającą się w oczy biżuterię na szyi i dłoniach oraz wysoko upięte włosy. Wyglądała, jakby była posągiem z marmuru, żadnego ruchu. Kiedy się dobrze przyjrzeć, to tylko jedno zdradzało, że jednak jest żywą postacią – łzy płynące po policzkach...
Dlaczego płakała? Ona, twarda jak kamień, taka nieprzystępna. Nigdy nie okazująca swoich uczuć, nie licząca się z innymi. Jednakże łzy były prawdziwe. Istniała zatem taka rzecz, która potrafi roztopić nawet najtwardsze serce.
- Ach, biedny Janek! – wzdychała – nie było mi pisane dzielić z tobą reszty życia. Ty odszedłeś, zabrało mi cię powstanie. Ty podły egoisto! – kwiliła dalej – zamiast zostać ze mną wdałeś się w tę całą żołnierkę. A teraz jestem sama. Wszystko dlatego, że nie przyjęłam twoich oświadczyn... To było tak niespodziewanie, nie byłam gotowa. A ty uniosłeś się honorem. Wyszedłeś... Zostawiłeś... – odgarnęła kosmyk włosów spadający jej na twarz i łkała dalej. – Och Janku...
Po dłuższej chwili wstała, otarła łzy jedwabną, haftowaną chustką i zaczęła iść wąską ścieżką w stronę lasu. Pragnęła się w nim zatopić i już w nim pozostać, nie była jednak na tyle odważna by zapuścić się w jego głąb.  Te wszystkie drzewa otaczające ją wokół. Ostoja spokoju... Chciałaby być jak one. Nie czuć tych wszystkich emocji, które nią targały. Nie czuć już nic. Zostawić przeszłość. Zostawić życie... Czy ona w ogóle była do czegokolwiek jeszcze zdolna?
*
Janek szedł dalej ulicą, mijał zniszczone kamienice, w których nikt już nie mieszkał, kawiarnie, w których nikt już nie pił żadnej kawy, wystawy sklepowe, na których nie stał już żaden manekin. Zatrzymał się przed jedną z nich, długa patrzył. Za resztkami strzaskanej szyby znajdywały się marionetki. A raczej to, co z nich pozostało.
- Hmm... Marionetki – zamyślił się. – Podobne do tych, jakie ustawiałem w sklepie, w którym kiedyś pracowałem. Teraz już pewnie i z tamtego sklepu zostało tyle co i z tego. Tylko to trzymało go jeszcze w Warszawie. Chciał odwiedzić swojego dawnego pracodawcę i podziękować za pomoc w trakcie bitwy, nim wyjedzie w świat. Nic więcej już tu nie szukał. A na pewno już nie panny Ewy, która przecież odrzuciła jego zaloty. A tyle mu nieraz obiecywała wieczorami...
*
Miesiące mijały, Janek jednakże pozostawał w mieście. Za namową swego dawnego szefa brał udział w odbudowywaniu miasta. Całe dnie pracował przy rozbiórce starych budynków, rozłupywaniu cegły, segregowaniu tej, którą można by jeszcze ponownie wykorzystać. Wieczorami był tak zmęczony, że nie dręczyły go już żadne wspomnienia, po prostu zasypiał i nie śnił. A jeśli już śnił, to o kolejnym dniu pracy, o tym jak uskutecznić prace, by nie było tak ciężko. Zdawało się, jakby panna Ewa powoli wymazywała się z jego pamięci...
Jednakże tak się tylko zdawało... pewnego z pozoru nic nie znaczącego późnego popołudnia, kiedy Janek spacerował wzdłuż Wisły (w tym dniu prace budowlane zakończono wcześniej), zobaczył pannę Ewę. Jechała niedużym samochodem, wyprodukowanym jeszcze przed wojną. Balilla lśniła metalowym blaskiem usadowionym na drewnianym szkielecie podwozia. Był to fiat 508  z czterocylindrowym silnikiem z zapłonem iskrowym. Dla Janka – nieosiągalne marzenie, podobnie jak panna Ewa, która siedziała w nim taka spokojna, jakby wojna nigdy się nie wydarzyła. Nie było to przywidzenie, trwało zbyt długo. Czyżby go nie poznała? A może nie chciała? Jej widok na nowo rozdarł dopiero co zagojone serce...
Janek pobiegł czym prędzej przed siebie. Czuł się rozdarty wewnętrznie, nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Chciał wszystko, a jednocześnie nie potrafił zrobić nic. Mógł tylko biec, coraz to prędzej i prędzej.
– Dlaczego wróciła?! – krzyczał przed siebie.
*
Panna Ewa wysiadła z pojazdu. Była zachwycona, że wróciła do kraju. Kraju swych przodków, choć teraz w niczym nie przypominał on tego widoku, jaki pamiętała sprzed wojny. Uwielbiała Warszawę, w niej się urodziła, wychowała, dorastała, poznała Janka...
– Janek... – zamyśliła się. – Gdzieś tu pewnie znajdę jego grób.
– Tędy proszę. – Lokaj wyrwał ją z zamyślenia wskazując pokój do którego miała się udać na nocleg.
– Tak... dziękuję. – Odpowiedziała, jakby nieprzytomna.
*
Był już wieczór. Janek, wyczerpany po długim biegu wracał do domu. Coś nakazało mu nagle spojrzeć w okna mijanego hotelu. Na trzecim piętrze, za delikatną poświatą delikatnej zasłony migotała kobieca postać. Dało się zauważyć, że była wysoka, szczupła i miała długie kręcone włosy puszczone luźno na ramiona.
– Jak panna Ewa. – Przeszło mu przez myśl. – Ale to niemożliwe. – Zbeształ sam siebie. – Ona nigdy nie istniała i istnieć już nie będzie!
Późnym wieczorem Janek wyrwany ze snu usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Podszedł do nich zaspany, otworzył i... oniemiał z wrażenia. Przed nim stała panna Ewa. Patrzyli na siebie długo, aż wreszcie zaprosił ją do środka.
– Przepraszam za to nagłe najście... – zaczęła się tłumaczyć. – Musiałam cię zobaczyć.
– Doprawdy? – zapytał zaskoczony.
– Ja tak dłużej nie mogę – kontynuowała. – Musiałam... – szukała odpowiednich słów.
– Nie musisz nic mówić – przerwał jej i objął w swe ramiona.
Stali tak w milczeniu przez pewien czas. Słowa były tu niepotrzebne. Słowa, które nic nie znaczą... W końcu delikatnie chwycił jej podbródek, uniósł głowę, spojrzał w oczy. Pocałunek był długi, jakby wynagradzał cały ten czas, który stracili...
Pukanie do drzwi stało się natarczywe. Janek otrząsnął się ze snu i podszedł do drzwi. Stał przy nich i nie chciał otworzyć. Pragnął, by sen okazał się prawdziwy, jednak bał się, że była to tylko zwykła mara. Marzenie, które nigdy się nie spełni... wreszcie otworzył.
– Przychodzę z ważną wieścią – zaczął dozorca budynku. – Był wybuch jakiegoś niewypału i trzeba do pomocy. Powiedzieli, że na pana można liczyć – dokończył.
– Jasne, już idę – odparł zdecydowanie Janek.
– I jeszcze jedno – dodał trochę nieśmiało.
– Słucham?
– Mam pewien list, w zasadzie powiadomienie. Pomyślałem, że chciałby pan wiedzieć... – powiedział dozorca wręczając mu kartkę.
Janek otworzył list. Długo siedział na kanapie. Było już niemal południe kiedy zarzucił na siebie ciemnozieloną marynarkę i wyszedł z domu.  Do jej kieszeni schował srebnofioletową kartkę papieru informującą  o rychłym ślubie panny Ewy Lambert z panem Piotrem Borewskim.