piątek, 2 lutego 2018

związek na odległość

z "szortalem" porządnie się już związałam
i moje drabble im ostatnio przesłałam

jest pierwszy
http://szortal.com/node/13493
drugi
http://szortal.com/node/13529
i trzeci
http://szortal.com/node/13630

z posłusznym pragnieniem
malowanego
rozgłosu :)

środa, 2 sierpnia 2017

przygoda trwa

i tak wciąż trwa szortalowa przygoda
kolejnej poezji przybyło w ich progach
poniżej linki już dla Was wklejam:

http://szortal.com/node/12404

http://szortal.com/node/12575

spojrzeniem na wszechświat
- tam Was zabieram :)

czwartek, 22 czerwca 2017

w "szortalu"


dziś nie napiszę wiele
tylko linki dwa wkleję

do mojego debiutanckiego opowiadania
opublikowanego na "Szortala" łamach:
http://szortal.com/node/6381

a jakby tego było mało
to i poezji się trochę dostało:
http://szortal.com/node/12297

i tyle o moim publicznym debiucie
szykują się następne
ale to w innym już rzucie ;)



środa, 1 marca 2017

wierszem pisane



on
zanika 
znika w płonącym blasku
odchodzi w nadziei 
że 
jutro powróci 

krąży wokół 
nie robi w ogóle 
przystanków 

zagubia się
wychodzi znów przez 
drzwi 

nie ważne 
które to

nie ważne
że robi to 
co noc 

chcę
siąść wśród traw
zapytać jak
wschodzącej łyk 
cierpienia 
odnaleźć się
podać dłoń 
wystarczy jeden 
gest...

rozpalić blask 
rzucić się 
w pełen wir
zwątpienia 

rozedrzeć jak
złamany ptak
twej igły
skaleczenia 
odrzucić świt 
zajrzeć do twych 
pełnych ran
zwątpienia 

poematu słów
otwieram oczy swe
świat znika mi z pola
gdzieś w dali słyszę szept
ktoś bezskutecznie woła mnie

nim obudzę się
jeszcze raz zmrużę oczy
chcę poczuć lekki deszcz
który krąży dookoła

nie zabraniam ci
obiecywać zbyt wiele
poematu słów
w wierności oddzielę

opętana myślą niespokojnych snów
odnajdę twe imię
odszukam cię tu...

nie zabraniam ci
obiecywać zbyt wiele
poematu słów
w wierności oddzielę

            w kropli roztopionej
            odchodzę...

ta kraina
zalewam się w tafli zielonego raju
zapada zmrok – ale to nic nie zmienia
to tylko kraina – kraina odmiennego natchnienia
pogrążam się w rutynie czerwcowego kraju

kołyszę się wśród fali ognistych
coś słyszę! – nie! – to tylko ulotne
wspomnienia; zbędne i markotne
pogrążam się w krzewach brodzistych

przede mną na tej otwartej przestrzeni
na tej wyspie samotnej...
oni wszyscy będący tacy szaleni

nie mogę, nie potrafię zmienić
pretensji więcej mieć nie mogę
nie chcę – i tak zrobię!

być
w nieokiełznanym świecie
w błękicie
pogrążonym w
rozmyśle
przy wtórze piękna
z nadzieją
lub bez

poniekąd
bez zasady
wśród ciszy
strach krzyk
lęk
koniec przeznaczenia

czy wiesz
zewsząd słyszysz
głos próżnej nadziei
i wiesz że ucieka przed tobą 
jak czas minionych już lat
nie wierzysz w głębię 
większego sensu istniejącej rzeczy 
rzeczywistość pozostaje
spróchniałym orzeczeniem 
nie wierzysz w dar
odsłoniętego pytania
w możliwość wyboru 

nie liczysz się z innymi 

odchodzisz w krainę
nieznanego lotu
wykutą jak w skale 
uwikłaną w przepaść 
nie jesteś niczyim
marzeniem 
czy odrzuconą ofiarą
po prostu
przepadasz

jak kamień rzucony
na głębokie wody

wokół mnie
krytyka zwątpienia
cień odwrócenia
legenda krążąca
wokół mnie
            szczęście bezkresne
            ukojenie zbyt wczesne
            grzechy płaczącej
            ludzkości...

pogrążeni w duchu nienawiści
współistnienie 
odepchnięte przez siłę 
zbrojnego plemienia 

owiniętego siecią 
z obumarłych szkiełek 
pomarszczonych liści 
niewiedza
osunięta w niepamięć 
i krwawe zapomnienie 

sieć odstającego zła
i zbutwiałego nasienia
życia ograniczonego
do wyłączności potrzeb 
pierwotnych 
i pierwszy liść
splamiony 
herezją codzienności 

Ty
kiedyś wszystko przeminie
słowa umilkną
wiatr zacznie szlochać
światło
bezczynne
może... morze...
ale nie teraz
ścieżka utkana skrętami
most opuszczony bez woni
słodyczy uśmiechu
na pamięć!
zaledwie niewielkie wspomnienie
kalectwo męka
przeminie
Ty pozostaniesz

my
ja przeklęta
która rzuciła krwawiącą
różę pod Twe stopy
ja jedyna
która westchnęła cię w
krainę wiecznej odmienności 
ja...
i Ty...

na
granicy 
skończonego
zamierzenia 
My 
choć własną krwią 
oblani 
i na wieki
zapomniani 

odejdź
patrzę w twe oczy
nie widzę tam już siebie
dotykam twych dłoni
nie czuję w nich swego istnienia

zaczynam uciekać
nie chcę ci podać dłoni

zaczynam się topić
nie chcę być twoją kochanką
nie chcę być twoim marzeniem
nie chcę udawać szczęśliwej
nie chcę byś patrzył mi w oczy

nie chcę udawać
nie żyję po to byś na
mnie patrzył
nie wstaję rano dla
twego westchnienia

nie chcę
bo mam wyrzuty sumienia

wtorek, 7 lutego 2017

Głupiec



Słońce przeżywało swoje apogeum. Napawało się widokiem tego nikczemnego miasta, a raczej tym, co z niego zostało. Chmury leniwie sunęły po niebie jakby nie przejmując się zgliszczami, które były pod nimi. Drzewa szumiały w złocie lekceważąc pył z walących się budynków.  Zdawało się, jakby natura zupełnie nie zauważała powojennego krajobrazu na ziemi.
Janek szedł ulicą, ale nie interesowało go nic wokoło, pogrążony był w swoich myślach. Miał na sobie znoszoną ciemnozieloną marynarkę, lekko przykrótkawe granatowe spodnie i buty, które zapewne nie jedną jesień już przeszły. Z kieszeni wystawał mu kawałek srebnofioletowego papieru. Nagle stanął i sięgnął ręką po niego. Uśmiechnął się dwuznacznie, pomału wyjął list i mówiąc do siebie ledwo słyszalne słowa, przedarł go na połowę.
- Ale ze mnie głupiec! – krzyknął.
*
Tymczasem w miejscu zupełnie nikomu nieznanym, na niewielkim kamieniu, na polanie usłanej dziko rosnącym makiem siedziała panna Ewa. Miała na sobie długą suknię, na pierwszy rzut oka widać, że dość drogą, rzucającą się w oczy biżuterię na szyi i dłoniach oraz wysoko upięte włosy. Wyglądała, jakby była posągiem z marmuru, żadnego ruchu. Kiedy się dobrze przyjrzeć, to tylko jedno zdradzało, że jednak jest żywą postacią – łzy płynące po policzkach...
Dlaczego płakała? Ona, twarda jak kamień, taka nieprzystępna. Nigdy nie okazująca swoich uczuć, nie licząca się z innymi. Jednakże łzy były prawdziwe. Istniała zatem taka rzecz, która potrafi roztopić nawet najtwardsze serce.
- Ach, biedny Janek! – wzdychała – nie było mi pisane dzielić z tobą reszty życia. Ty odszedłeś, zabrało mi cię powstanie. Ty podły egoisto! – kwiliła dalej – zamiast zostać ze mną wdałeś się w tę całą żołnierkę. A teraz jestem sama. Wszystko dlatego, że nie przyjęłam twoich oświadczyn... To było tak niespodziewanie, nie byłam gotowa. A ty uniosłeś się honorem. Wyszedłeś... Zostawiłeś... – odgarnęła kosmyk włosów spadający jej na twarz i łkała dalej. – Och Janku...
Po dłuższej chwili wstała, otarła łzy jedwabną, haftowaną chustką i zaczęła iść wąską ścieżką w stronę lasu. Pragnęła się w nim zatopić i już w nim pozostać, nie była jednak na tyle odważna by zapuścić się w jego głąb.  Te wszystkie drzewa otaczające ją wokół. Ostoja spokoju... Chciałaby być jak one. Nie czuć tych wszystkich emocji, które nią targały. Nie czuć już nic. Zostawić przeszłość. Zostawić życie... Czy ona w ogóle była do czegokolwiek jeszcze zdolna?
*
Janek szedł dalej ulicą, mijał zniszczone kamienice, w których nikt już nie mieszkał, kawiarnie, w których nikt już nie pił żadnej kawy, wystawy sklepowe, na których nie stał już żaden manekin. Zatrzymał się przed jedną z nich, długa patrzył. Za resztkami strzaskanej szyby znajdywały się marionetki. A raczej to, co z nich pozostało.
- Hmm... Marionetki – zamyślił się. – Podobne do tych, jakie ustawiałem w sklepie, w którym kiedyś pracowałem. Teraz już pewnie i z tamtego sklepu zostało tyle co i z tego. Tylko to trzymało go jeszcze w Warszawie. Chciał odwiedzić swojego dawnego pracodawcę i podziękować za pomoc w trakcie bitwy, nim wyjedzie w świat. Nic więcej już tu nie szukał. A na pewno już nie panny Ewy, która przecież odrzuciła jego zaloty. A tyle mu nieraz obiecywała wieczorami...
*
Miesiące mijały, Janek jednakże pozostawał w mieście. Za namową swego dawnego szefa brał udział w odbudowywaniu miasta. Całe dnie pracował przy rozbiórce starych budynków, rozłupywaniu cegły, segregowaniu tej, którą można by jeszcze ponownie wykorzystać. Wieczorami był tak zmęczony, że nie dręczyły go już żadne wspomnienia, po prostu zasypiał i nie śnił. A jeśli już śnił, to o kolejnym dniu pracy, o tym jak uskutecznić prace, by nie było tak ciężko. Zdawało się, jakby panna Ewa powoli wymazywała się z jego pamięci...
Jednakże tak się tylko zdawało... pewnego z pozoru nic nie znaczącego późnego popołudnia, kiedy Janek spacerował wzdłuż Wisły (w tym dniu prace budowlane zakończono wcześniej), zobaczył pannę Ewę. Jechała niedużym samochodem, wyprodukowanym jeszcze przed wojną. Balilla lśniła metalowym blaskiem usadowionym na drewnianym szkielecie podwozia. Był to fiat 508  z czterocylindrowym silnikiem z zapłonem iskrowym. Dla Janka – nieosiągalne marzenie, podobnie jak panna Ewa, która siedziała w nim taka spokojna, jakby wojna nigdy się nie wydarzyła. Nie było to przywidzenie, trwało zbyt długo. Czyżby go nie poznała? A może nie chciała? Jej widok na nowo rozdarł dopiero co zagojone serce...
Janek pobiegł czym prędzej przed siebie. Czuł się rozdarty wewnętrznie, nie wiedział, co ma ze sobą zrobić. Chciał wszystko, a jednocześnie nie potrafił zrobić nic. Mógł tylko biec, coraz to prędzej i prędzej.
– Dlaczego wróciła?! – krzyczał przed siebie.
*
Panna Ewa wysiadła z pojazdu. Była zachwycona, że wróciła do kraju. Kraju swych przodków, choć teraz w niczym nie przypominał on tego widoku, jaki pamiętała sprzed wojny. Uwielbiała Warszawę, w niej się urodziła, wychowała, dorastała, poznała Janka...
– Janek... – zamyśliła się. – Gdzieś tu pewnie znajdę jego grób.
– Tędy proszę. – Lokaj wyrwał ją z zamyślenia wskazując pokój do którego miała się udać na nocleg.
– Tak... dziękuję. – Odpowiedziała, jakby nieprzytomna.
*
Był już wieczór. Janek, wyczerpany po długim biegu wracał do domu. Coś nakazało mu nagle spojrzeć w okna mijanego hotelu. Na trzecim piętrze, za delikatną poświatą delikatnej zasłony migotała kobieca postać. Dało się zauważyć, że była wysoka, szczupła i miała długie kręcone włosy puszczone luźno na ramiona.
– Jak panna Ewa. – Przeszło mu przez myśl. – Ale to niemożliwe. – Zbeształ sam siebie. – Ona nigdy nie istniała i istnieć już nie będzie!
Późnym wieczorem Janek wyrwany ze snu usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Podszedł do nich zaspany, otworzył i... oniemiał z wrażenia. Przed nim stała panna Ewa. Patrzyli na siebie długo, aż wreszcie zaprosił ją do środka.
– Przepraszam za to nagłe najście... – zaczęła się tłumaczyć. – Musiałam cię zobaczyć.
– Doprawdy? – zapytał zaskoczony.
– Ja tak dłużej nie mogę – kontynuowała. – Musiałam... – szukała odpowiednich słów.
– Nie musisz nic mówić – przerwał jej i objął w swe ramiona.
Stali tak w milczeniu przez pewien czas. Słowa były tu niepotrzebne. Słowa, które nic nie znaczą... W końcu delikatnie chwycił jej podbródek, uniósł głowę, spojrzał w oczy. Pocałunek był długi, jakby wynagradzał cały ten czas, który stracili...
Pukanie do drzwi stało się natarczywe. Janek otrząsnął się ze snu i podszedł do drzwi. Stał przy nich i nie chciał otworzyć. Pragnął, by sen okazał się prawdziwy, jednak bał się, że była to tylko zwykła mara. Marzenie, które nigdy się nie spełni... wreszcie otworzył.
– Przychodzę z ważną wieścią – zaczął dozorca budynku. – Był wybuch jakiegoś niewypału i trzeba do pomocy. Powiedzieli, że na pana można liczyć – dokończył.
– Jasne, już idę – odparł zdecydowanie Janek.
– I jeszcze jedno – dodał trochę nieśmiało.
– Słucham?
– Mam pewien list, w zasadzie powiadomienie. Pomyślałem, że chciałby pan wiedzieć... – powiedział dozorca wręczając mu kartkę.
Janek otworzył list. Długo siedział na kanapie. Było już niemal południe kiedy zarzucił na siebie ciemnozieloną marynarkę i wyszedł z domu.  Do jej kieszeni schował srebnofioletową kartkę papieru informującą  o rychłym ślubie panny Ewy Lambert z panem Piotrem Borewskim.